„Rower ma duszę. Jeśli go pokochasz da ci emocje, których nigdy nie zapomnisz” – Mario Cipollini
Rowerem w Bieszczadach

SPIS TREŚCI:

  1. Nieopodal Grzbietu Ortytu
  2. Krótka wędrówka na Korbanię
  3. Ku Chryszczatej
  4. Pieszo na Małą i Wielką Rawkę
  5. Sine Wiry oraz „Bieszczady odnalezione”, czyli droga przez nieistniejące wsie
  6. Na rowerze lepiej niż bieszczadzką wąskotorową kolejką
  7. W Bieszczadzkim worku
  8. Trochę dalej od Bieszczad, zobaczyć cerkiew w Uluczu
  9. Jeszcze dalej od Bieszczad, Krasiczyn
  10. Jeszcze dalej od Bieszczad, Przemyśl
Kontynuacja naszych wakacji. O dwóch pierwszych rowerowych dniach, które spędziliśmy na południowym Roztoczu przeczytasz tutaj .

Nieopodal Grzbietu Ortytu

Pakujemy nasz rowerowy dobytek do samochodu i jedziemy na dziewięć nocy do Hoczewi, miejscowości położonej na skrzyżowaniu dużej i małej pętli bieszczadzkiej. Tego dnia odpuszczamy rowerowanie za to następnego decydujemy się na najkrótszą naszą pętlę, ale za to bardzo górzystą. Eksplorujemy grzbiety Ortytu, pasma gór położonego na południe od Soliny, gdzie ludzi jak na lekarstwo a na szlaku ponoć spotkać można niedźwiedzia oraz największego polskiego węża Eskulapa. My spotkaliśmy tylko na naszej drodze pięknego ślimaka.

Przekroczenie Sanu tylko na własną odpowiedzialność

My spotkaliśmy tylko ślimaka giganta

Na holu pod górę

Widoków było niestety jak na lekarstwo

Rozpoczynamy z miejscowości Rajskie, podążamy wzdłuż Sanu, by za jedynym dzisiaj godny punktem widokowym skręcić w lewo w stromą drogę prowadzącą ku szczytowi Hulskie. Mijamy rezerwat Hulskie, miejsce, gdzie ludność z nieistniejącej już miejscowości położonej po drugiej stronie Sanu wypasała swoje owce. Jeszcze tylko jeden stromy odcinek i jesteśmy na szczycie skąd widoków brak, więc zjeżdżamy ostrożnie w dół mijając pozostałości po piecach (retortach) służących do produkcji drewna drzewnego. Dojeżdżamy do małej pętli bieszczadzkiej skąd długim asfaltowym zjazdem udajemy się do samochodu.

Wypał węgla drzewnego w Bieszczadach w retorach

Zasłużony odpoczynek

27 kilometrowa pętla:



Krótka wędrówka na Korbanię

Zrobiliśmy sobie przerwę od rowerów i poszliśmy na niewielką górę Korbanię (894m n.p.m.) z wieżą widokowa z której przepiekanie widać Solinę oraz m.in Połoninę Wetlińską. Wejście zajmuje raptem 1h, a pozostawiając samochód od strony miejscowości Bukowiec mamy trzy możliwości dojścia na szczyt!

W drodzę na Korbanię

Widok z Korbani na Solinę

Widok na Połoninę

Gdy zeszliśmy zaliczyliśmy pieszo dwie zapory oraz półwysep. Zobaczyć zapory nad Soliną i Myczkowcach są obowiązkiem każdego tutejszego turysty! My to zrobiliśmy szybko, bez zbędnego przedłużania. W planie mieliśmy zwiedzić je na rowerach, ale wzmożony ruch samochodów wokół bieszczadzkich zbiorników wodnych wybił nam to z głowy.

Solina

Trasa na Korbanię:



Ku Chryszczatej

Kolejną rowerową pętlę zaczynamy w miejscu gdzie stacjonowaliśmy, czyli z Hoczwii. Jedziemy na wschód, by przedostać się do mało uczęszczanej drogi asfaltowej, która biegnie równolegle do dużej pętli bieszczadzkiej. Jedziemy na Dziurdziów. Za miejscowością droga asfaltowa kończy się, a co gorsze szlak którym mieliśmy jechać był cały zarośnięty. Wyszukana przez nas alternatywna droga ostro pnie się w górę. W końcu dojeżdżamy na wzniesienie, a następnie stromą, nierówną drogą zjeżdżamy w dół do miejscowości Olchowa. Tam czekał na nas wspomniany asfalt, którym podążamy do Kalnicy. Po drodze obowiązkowo znajdujemy kolejny skarb. Ich poszukiwanie stało się nieodzownym elementem naszych wypraw. Radość Ignacego ze znalezienia kolejnej skrzynki jest nie do opisania. A to, że odnajduje je w większości jako pierwszy sprawia, że dostaje dodatkowej energii, aby podążać za kolejnym. Dla nas skarby są o tyle interesujące, że dzięki nim możemy zobaczyć ciekawe miejsca do których byśmy normalnie nie trafili albo poznać historię miejsc w których te skarby są ukryte. Dobrym przykładem jest historia pewnego kościółka w Nowosiółkach do którego byśmy zapewne nie zajechali, ale dzięki geocaching poznaliśmy jego ciekawą historię. Został on wybudowany w latach 70-tych przez tamtejszych wiernych w jedną noc pomimo braku zgody ówczesnej władzy. Na ten temat możesz przeczytać np. tutaj .

Alternatywna droga

Poszukujemy kolejnego skarbu

Za Kalnicą wjeżdżamy w typową w Bieszczadach kamienistą drogę, która prowadzi pod szczytem Chryszczatej. Chryszczatą zostawiamy z tylu wspinając się dalej pomiędzy wzniesieniami Morgań i Wierszki, by wkońcu dojechać do malowniczego sztucznego jeziorka Bobrowe.

Jeziorko Bobrowe

w firmowych koszulkach nad jeziorkiem Bobrowe

Następnie długim szutrowym zjazdem, szybko mijamy nieistniejącą już miejscowość Huczwice, by następnie zatrzymać się przy źródełku wody mineralnej, gdzie jest możliwość uzupełnienia bidonów (woda nie przypadła nam do gustu). Stąd jakieś 3 min wędrówki, aby zobaczyć ukryte w lesie gołoborze (rezerwat) – nic ciekawego. Trochę dalej podążając w dół asfaltową drogą można zajechać do punktu widokowego z którego rozpościera się ładny widok na czynny kamieniołom. Powrót do naszej bazy to ponad 10 km drogą dużej pętli bieszczadzkiej.

Podpis w zasadzie jest na zdjęciu

Napełniamy bidony. Jeszcze nie wiemy, że ta woda do smacznych nie należy

Kamieniołom

Zrobiliśmy ponad 50 km:



Pieszo na Małą i Wielką Rawkę

Jeszcze przed przyjazdem zrodził mi się w głowie niecny plan. Mianowicie. Zostawiamy nasze rowery na przełęczy Wyżniańskiej, jedziemy ok. 4 km niżej w stronę Ustrzyk Górnych, gdzie zostawiamy nasz samochód. Zaczynamy pieszą wyprawę na Wielką i Małą Rawkę niebiskim szlakiem. Wejście strome, ale na górze oprócz widoków czekają na nas skarby, więc Ignacy zdopingowany dziarsko maszeruje. Zejście zielonym szlakiem chyba jeszcze bardziej strome niż niebieskim, ale droga w dół umyka nam bardzo szybko. Dzień zwieńczony rowerowym zjazdem okazał się bardzo udany. Dzięki naszym jednośladom nawet pieszo mogliśmy zrobić pętlę.


Łatwo nie było

Czas odpocząć

Pomiędzy Rawkami

Pomiędzy Rawkami

Na przełęczy Wyżniańskiej znajdują się nawet rowerowe parkingi, trochę zarośnięte ale zawsze

4 kilimetrowy zjazd i ok. 11 km piesza wyprawa



Sine Wiry oraz „Bieszczady odnalezione”, czyli droga przez nieistniejące wsie

Mieliśmy ogromne szczęście do pogody, ponieważ dotychczas tylko raz podało, gdy akurat przemieszczaliśmy się z Roztocza w Bieszczady. Od dzisiaj 30 stopniowe upały towarzyszyły nam do końca naszego pobytu. A w pozostałej części kraju ponoć już tak ładnie nie było.

W niedzielne przedpołudnie wybieramy się do rezerwatu Sine Wiry. Sine Wiry to przełom rzeki Wetliny, gdzie woda pokonując progi skalne tworzy charakterystyczne białe wiry. Parking był pełen samochodów. Co by nie przeciskać się przez pieszych którzy mają do pokonania 2,5 km, aby zobaczyć rezerwat, obieramy kurs na Dołżycę. Następnie ruchliwą drogą wspinamy się na przełęcz Przysłup, by zjechać z niej do Kalnicy. Stąd malowniczą, wolną od aut drogą tzw. szlakiem "Bieszczady odnalezione" mijamy kolejno nieistniejące już wsie Jaworzec, Łuh i Zawój poznając ich historię dzięki ustawionym tu tablicom informacyjnym. W tej ostatniej zostawiamy rowery i schodzimy ścieżka widokową, która widokową nie była, nad samą Wetlinę. Na samym dole przy rzece jest cicho i pięknie!

Na szlaku "Bieszczady odnalezione"

Nieisteniąca wieś Zawój

Na dole Wetlinki

Wracając już do parkingu kamienistą drogą, jedynie rzucamy okienkiem na rezerwat Sine Wiry. Finalne szutrowe podjazdy (od wsi Łuh) i wysoką temperaturą dała nam tego dnia mocno w kość.



Czy to są te Sine Wiry?

33 km w okropnym upale:



Na rowerze lepiej niż bieszczadzką wąskotorową kolejką

Czas na atrakcję obowiązkową dla każdego chłopca, czyli przejażdżkę bieszczadzką kolejką wąskotorową. W miejscowości Majdan koło Cisnej kolejką można pojechać na wschód w stronę Przysłupia lub na zachód do Balnicy, nieistniejącej już miejscowości nad samą granicą ze Słowacją. My obieramy kurs zachodni. Wcześniej gdzieś przeczytałem, iż jest to wariant ciekawszy i w pełni zawierzyłem autorowi tamtej publikacji. Frekwencja w wagonach imponująca. Ciuchcia w jedną jak i w drugą stronę jedzie 45 minut, a my zgodnie stwierdziliśmy, że to co z niej zobaczyliśmy (czyli niewiele) ni jak ma się do tego co można zobaczyć z pozycji naszych rowerowych siedzeń.

Frekfencja w kolejce imponująca

Dlatego też po podróży pociągiem zdejmujemy rowery z dachu auta, by pojechać w stronę przełęczy Roztoki. Zaledwie wyjechaliśmy, a w tylym kole Ignacego roweru brakuje powietrza. Dziura. Szczęście w nieszczęściu, że koło parkingu. W samochodzie miałem odpowiednie klucze, by odkręcić koło. Te które miałem w sakwie nie pasowały. Zmieniając dętkę tak naprawdę powinienem zamienić tylną oponę z przednią, bowiem ta z racji częstego podróżowania na holu coraz bardziej przypominała oponę rodem z formuły 1 tzw. slick. Jednak szkoda było nam na to czasu, wszak miałem jeszcze jedną zapasowa dętkę w sakwie, wiec w przypadku kolejnego przebicia zapewne zmuszony byłbym zamienić opony.

Po godzinie wyruszamy ponownie. Od razu lekko w górę, ale przyjemnie, bo po drodze asfaltowej. Cisza. Tylko czasami mija nas jakiś samochód. Dojeżdżamy do Roztoki Górnej i odbijamy ku nieistniejącej wsi Solinka. Kamienista droga, niemiłosiernie pnie się w górę. Mi brakuje zębów w tylnej kasecie. Pchanie... Martyna się zawzięła i podjechała cały około 2 km niezwykle stromy odcinek. Za nami zalesiona góra patrzy na nasze męczarnie, to Jasło. Teraz głównie zjazdy.

Powyżej Roztoki Górnej napotkaliśmy niemałe podjazdy

Zatrzymujemy się przy Solince (nieisteniąca wieś) poznając jej historię. Akcja Wisła, czyli masowe wysiedlenie ludności z terenów południowo wschodniej Polski, która objęła Ukraińców, Bojków, Dolinian i Łemków oraz mieszane rodziny polsko-ukraińskie, spowodowała, iż po dawnych wioskach pozostały jedynie wspomnienia.

Solinka

Zjad w stronę Majdanu

Ruszamy dalej, na lewo droga prowadzi do Balnicy do których mieliśmy w planach jechać, ale czas już na to nie pozwolił. Jedziemy prosto w dół w kierunku Majdanu, mijamy kolejkę, która pnąc się w górę odbywa dzisiaj swój ostatni kurs do Balnicy.

Po podróży pociągiem przepedałowaliśmy 23 km:



W Bieszczadzkim worku

Chcieliśmy wejść na Tarnicę, czyli najwyższy szczyt Bieszczad. Jednakże upały i panujące na szlaku tłumy wybiły nam ten pomysł z głowy. Zdecydowaliśmy się na kolejną rowerową wyprawę.

Wybieramy się na najbardziej na południe wysunięty skrawek Polski, niezadeptany przez człowieka. To obszar pomiędzy Tarnicą, najwyższym szytem Bieszczad a rzeką San. Auto zostawiamy w Tarnowie Niżnej, a nim tam dojechaliśmy obowiązkowo trzeba było zatrzymać się w zagrodzie żubrów w Mucznem.

Żubry w Mucznem

Podążamy asfaltem na południe wzdłuż meandrującej, granicznej rzeki San. Zatrzymujemy się przy torfowiskach po których można przejść się specjalnie przygotowanymi drewnianymi mostkami. My bardziej podziwiamy górę Halicz i przepiękne Połoniny.

Graniczny San

Widok w stronę Halicza

Spacer po torfowiskach

Po chiwili asfalt zanika, droga pnie się lekko ku górze. Od czasu do czasu mija nas jakiś samochód bowiem mogą one dojechać do pobliskiego parkingu przy nieistniejącej miejscowości Bukowowiec. Stąd już tylko można podążać pieszo bądź rowerem, uprzednio uiszczając opłatę za wstęp do Parku.

Z asfaltu na szuter...

W zasadzie od tego momentu teren staje się niezadeptany przez człowieka. My waską ścieżką dojeżdżamy do Beniowej po której pozostały tylko fundamenty cerkwi oraz charakterystyczna rozłożysta piękna Lipa, która dawniej była miejscem spotkań mieszkańców Beniowej. Dalej raczej już tylko pieszo można dojść do ruin folwarku Stroińskich i kolejnej miejscowości Sianki. Co ciekawe miejscowość ta niegdyś po dwóch stronach Sanu teraz ostała się tylko po stronie Ukraińskiej.

Tego dnia był niesamowity skwar i wielki żal, że udało nam się tylko zwiedzić Beniową, ponieważ im bardziej na południe tym pewniej większe odludzie i spokój. Wracamy tą samą drogą przejeżdżając tego dnia ok. 26 km.

...z szutru na ścieżkę

Lipa w Beniowej



Trochę dalej od Bieszczad, zobaczyć cerkiew w Uluczu

San towarzyszy nam podczas kolejnych wypraw. Tym razem zmieniając nocleg z Hoczwi na Krasiczyn (kolejna nasza baza na 3 noce) zatrzymujemy się w miejscowości Mrzygłód i jedziemy już rowerami do osady Ulucz w której na pobliskim wzniesieniu schowana jest jedna z piękniejszych cerkwi. Aby wejść do środka trzeba uprzednio zapukać do jednego domu, który znajduje się na początku wsi (prowadzi znak) po klucz do świątyni, a następnie wdrapać się na strome wzniesienie.

Cerkiew w Uluczu

W pobliżu cerkwi ukryty jest kolejny skarb którego nie mogliśmy zlokalizować. To już kolejny jaki nie daliśmy rady odnaleźć ku rozpaczy i złości syna.

Jedziemy dalej przekraczając San promem w Jabłonicy Ruskiej, by drugą stroną rzeki podążać do miejsca naszego dzisiejszego startu. Na wysokości Ulucza mijamy kładkę dla rowerów i pieszych, zawieszoną wysoko nad Sanem. Będąc na jej środku czujemy lekkie bujanie i kołysanie.

Kładka nad Sanem

Szeroki San

Decydujemy się jechać jeszcze dalej przez Witryłów, gdzie zaczynają się strome podjazdy na górze których rozpościerają się piękne widoki. Szybkim zjazdem kończymy dzisiejszą 35 km wycieczkę.

Na takie podjazdy warto wjeżdzać, widoki rekompensują włożony wysiłek

Rowerowy pociąg dalej gna



Jeszcze dalej od Bieszczad, Krasiczyn

Ostatnie dwa dni kręcimy się w okolicach Krasiczyna w którym oczywiście podziwiać można odrestaurowany zamek oraz ogród z okazałym drzewostanem.

Zamek w Krasiczynie

Zamek w Krasiczynie

Jedziemy szlakiem Green Velo. Niestety szlak ten nie wiedząc czemu omija Krasiczyn i aby do niego dojechać trzeba drogą krajową nr 22 podążać pod górę wraz z samochodami. Nie chciałbym tu krytykować sławnego szlaku rowerowego, ale zapewne łatwiej i taniej było poprowadzić miejscowym decydentom szlak Green Velo lokalną drogą, która szerokim łukiem omija Krasiczyna a niżeli wybudować ścieżkę do turystycznej miejscowości. Niestety naczytałem się, że Krasiczyn nie jest jedynym miastem do którego Green Velo nie dociera.

Na szczęście 5 km mija szybko i ciesząc się spokojem i pięknym asfaltem jedziemy lokalna droga do Chyrzyny, gdzie przekraczamy San, by po chwili wdrapywać się na kolejne wzniesienia z fantastycznymi widokami w okolicach Woli Węgierskiej. Z niej długi zjazd ku Sanowi i powrót drogą powiatowa do Krasiczyna.

Kolejny podjazd...

...i widok

Trochę się zgubiliśmy i trzeba było wracać

W Krasiczynie nocowaliśmy w hotelu Impresja, ktory powstał po odrestaurowanych stajniach należących niegdyś do Rodu Sapiechów. Hotel czysty z ładym ogrodem, jednakże panująca w pokojach sauna spowodowała, że nie mamy zbyt miłych wspomnień z przebywania w nim.



Jeszcze dalej od Bieszczad, Przemyśl

Drugi dzień tutaj był zarazem ostatnim dniem jaki spędziliśmy na rowerach w południowo wschodniej części Polski. Pojechaliśmy do Przemyśla. Miasta pięknego! Z wąskimi, krętymi, stromymi uliczkami, położonego wzdłuż Sanu i na okolicznych wzniesieniach. Do tego dookoła obwarowane licznymi fortami, dzięki którym Przemyśl uważany był za twierdzę - jak pokazała historia twierdzę zdobytą.

Zaczynamy od fortu VIII Łętownia, gdzie znajdujemy ukryty wysoko na drzewie skarb. Kierujemy się dalej by od północy "najechać" Przemyśl. Szukając kolejnego skarbu w okolicach kościoła nieoczekiwanie zostaliśmy poczęstowani słodkościami przez Młodą Parę, która niedługo w pobliskim kościele miała powiedzieć sakramentalne TAK. Zjeżdżamy w kierunku centrum, by na przemyskiej starówce zrobić zapoznawczą pętlę.


Szukanie skarbów do łatwych nie należy

Fort VIII Łętownia

Ostatnie kilometry z Przemyśla do Krasiczyna pokonujemy najdłużej jak się da szlakiem Green Velo, by ostatecznie skręcić na dobrze nam znaną drogę krajową, aby dojechać do Krasiczyna.

Nasze kolejne rowerowe wakacje dobiegły końca. Czas na rowerze mija szybko, ale bardzo ciekawie. Czas spędzony razem na świeżym powietrzu okraszony dodatkowo szukaniem skarbów uważamy za najlepszą formę zwiedzania. Już wyglądamy za następnymi rowerowymi wycieczkami jednocześnie zastanawiając się kiedy w tę część naszego pieknego kraju wrócimy?

Ostatnie już kilometry podczas tegorocznych wakacji, ok 37km:



strzałka do góry